środa, 2 stycznia 2019

Święta, Nowy Rok ... szczęście stanem umysłu ... kilka dylematów i mały miszmasz.

Szczęście jest podobno odzwierciedleniem stanu naszego umysłu i chyba coś w tym jest. Nasze Święta stały pod ogromnym znakiem zapytania. Tato chory, nie było pewne, czy wyzdrowieje do świąt, tzn, czy przestanie zarażać. My, ja i mąż, dwa tygodnie przed, rozsypani totalnie. Mega silne przeziębienie. A ja na tydzień przed świętami doznałam bólu kręgosłupa i zostałam wyjęta z życiorysu. A chata nie posprzątana, na wigilię nic nie zrobione... Co prawda ból nadal nie minął i wciąż jestem na lekach, jednak przestał być na tyle uciążliwy, że mogę cokolwiek robić, czytaj zajmować się dzieckiem. Na przekór wszystkiemu, wierzyłam jednak, że będzie ok i było. Ostatecznie w Wigilię rano, spakowani, w miarę ogarnięci, jechaliśmy do rodziców. I wiecie co? Było fajnie, ale, czy magicznie? Nie wiem. Tę magię zauważa się chyba tylko wtedy, kiedy jest się dzieckiem, ale było miło. Chociaż tak, jak cały świat przyspieszył, tak i wydaje mi się, święta przeleciały jak błyskawica. Odnoszę wrażenie, że kiedy byłam dzieckiem, nie mijały tak szybko. A też jechaliśmy do dziadków na ostatnią chwilę, prosto na Wigilię, jednak biesiadowanie trwało, jakby bez końca, kolejne dni świąt również. Był czas na spacer, zabawę, gry, taki wewnętrzny spokój. A te nasze, pierwsze święta minęły ekspresowo i pod dziwną presją czasu, bo Wiki zaraz będzie jadła, bo jest zmęczona i chce spać, bo już musimy się zbierać do tych i do tamtych, bo trzeba się pakować i jechać do domu. Może gdybyśmy spędzali święta, tylko w jednym miejscu, tak, jak ja kiedyś, tylko u dziadków, to byłoby spokojniej. Mimo wszystko było sympatycznie, ciepło i rodzinnie. Z jednym drobnym wyjątkiem, kiedy w dzień powrotu zapodziałam bransoletkę, którą dostałam od mojego M. po narodzinach Wiki. Nie muszę Wam mówić, jaki to był horror dla mojego umysłu. Oczywiście skończyło się, jak zawsze. Diabeł ogonem przykrył. Mimo tysięcznych razy zaglądania do torby, w której bransoletki nie było, ostatecznie po ok. 3h godzinach, właśnie w tej torbie się znalazła. 

Sylwestra i Nowy Rok spędzaliśmy już u siebie, sami, we troje. Wiki dotrwała do północy, z małą drzemką ok. 23-ciej. Obejrzała fajerwerki z uśmiechem od ucha do ucha i rozemocjonowana miała problem z zaśnięciem, jednak ostatecznie ok. 1:30 się udało.

Niestety mojego M. też dopadł ból kręgosłupa, równo tydzień po mnie, ale tak bardzo, że totalnie nie mógł się ruszyć. (tzn. myślę, że to taki sam ból, jak u mnie, ale wecie to facet, wspaniały, ale tylko facet). Wylądował u lekarza, dostał mnóstwo leków i oboje się zbieramy w sobie. Chociaż cała ta sytuacja ma swój jeden wielki plus, ponieważ doszliśmy do wniosku, że czas, aby Wiki na noc też zaczęła z powrotem sypiać w łóżeczku. Wedle mojej oceny, kiedy mała śpi z nami, zachowujemy pewnie nienaturalne pozycje i podświadomie wyginamy się, odsuwając się od niej i ma to zapewne negatywny wpływ na nasze kręgosłupy. Tak więc łóżeczko na noc tarci trzy szczebelki (żebym w razie czego mogła włożyć rękę) i jest przysuwane do naszego łóżka. Wiki (odpukać) zaakceptowała ten stan rzeczy i zasypia w łóżeczku, śpiąc w nim grzecznie do rana. Mam nadzieję, że tak pozostanie. Razem z M. trochę dziwnie się czujemy bez młodej w łóżku, ale liczę na to, że też zaakceptujemy tę sytuację. Jedyne co jet minusem, to kiedy spała z nami, miałam większą kontrolę nad tym, aby była przykryta, więc teraz chyba zainwestuję w śpiworek, żeby "kopytka" Wiki nie marzły, bo skarpetki są "beeee" (zresztą ja ją rozumiem).

Jeśli chodzi o jedzenie, stworzyłam potwora. Mała z chęcią pochłaniałaby wszystko, co tylko my jemy, chrząkając, kaszląc i zwracając na siebie uwagę, za każdym razem, gdy przyuważy, że my coś przeżuwamy. W święta np. pochłaniała sernik, ciasto pierogowe. A w domu wcina kotlety mielone, schabowe, rybki (oczywiście bez panierki), zupy krem, ziemniaki i suche pieczywo. Jedyne słoiczki jakie są ok, to spaghetti i leczo z tych obiadowych, bo deserki ze słoiczków wcina i kaszki też są ok.

Przejdźmy do tych dylematów z tytułu. Niestety macierzyński nie ubłagalnie gna do przodu, co oznacza, że za 4 miesiące muszę wrócić do pracy. Oczywiście jeden dylemat, to co z Wiki, żłobek, opiekunka, kumulacja pracy i zawożenie na kilka dni do dziadków... Tego nie wiem, mam nadzieję, że do końca stycznia podejmiemy tę decyzję. Ja mam jednak jeszcze jeden problem. Otóż, czy wracać do miejsca z którego odeszłam. Lubię to miejsce, lubię tę pracę, jej system, względną swobodę decyzji i wykazywania się wiedzą, ale miejsce to nie wszystko, liczą się też ludzie. Kiedy odchodziłam było średnio, teraz podobno w obliczu wspólnego wroga (wyzysk i niskie pensje) zespół się zgrał, tylko ja jakoś przestałam się czuć jego częścią. Może to ze mną coś nie tak, a może powinnam zacząć od nowa, bo tam już coś było i jest spalone i nie da się odbudować. Kiedy jeszcze pracowałam, każdy obgadywał każdego, a teraz niby jest jedność, ale mnie nie ma, a ja nie wiem, co się mówi o nieobecnych i do tego nie mam jak się bronić. Jednak pozostaje jeszcze jedna sprawa. Chcieliśmy zawsze mieć dwoje dzieci i nadal chcemy. W obliczu tego jak to było z nami i że nie wiemy, jak to znowu będzie, a przecież nie młodniejemy, nie zamierzamy jednak czekać 6-7 lat, tylko postarać się nieco szybciej. Nie tak zaraz, ale myślę o powrocie do pracy na rok, dwa, max trzy lata. A jeśli zmienię pracę, to wiecie, czekanie na umowy na stałe, budowanie swojego wizerunku itp... No i do tego fakt maluszka i ewentualna konieczność korzystania z opieki nie pozwoli pokazać się, w dobrym świetle, w nowym miejscu. Ehh..., to jest mój największy noworoczny dylemat, zaraz po opiece nad Wiki...
Ależ się rozpisałam, zatem to by było na tyle. Miszmasz wiadomości o nas. 

Szczęśliwego Nowego Roku:

P.S. Na święta kupiliśmy Wiktorii huśtawkę mocowaną do sufitu, Zawisła w salonie, a młoda, aż trzęsie się z radości, kiedy się buja. Ekstra pomysł. Polecam :)