Poronienie - utrata marzeń


Zdecydowałam, że zacznę pisać moją historię, ponieważ kiedy dowiedziałam się, że moje dziecko nie żyje (tak dla mnie to już było dziecko, choć pewnie dla świata niekoniecznie) ciągle, non stop szperam w internecie szukając odpowiedzi, nadziei, pocieszenia i myślę, że jest wiele kobiet, które są właśnie w podobnej sytuacji i wiem, że czytanie takich historii, dzielenie się nimi pomaga uwierzyć, że nie jesteś sama.


Mam 28 lat, założyłam rodzinę, od zawsze w mojej głowie był schemat pięknej rodzinki, rodzice, dwoje dzieci. Nigdy nie pomyślałam, że będzie z tym jakiś problem, wydawało mi się to takie oczywiste i proste, a jednak.


Wierzyłam, ponieważ moje marzenia się spełniały, czasem się śmiałam, że źle je precyzuję i dlatego nie są dokładnie takie, jakie były w moich wyobrażeniach, ale w gruncie rzeczy to co wypowiadałam, w co wierzyłam, miało swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości.
Z natury jestem rozsądna, mój mąż też, więc czekaliśmy, aż nasze życie będzie na "godnym" poziomie i dopiero zdecydujemy się na dziecko, żeby nie fundować mu stresu, tylko dać to co najlepsze, spokojną, szczęśliwą rodzinę. Teraz bardzo żałuję, że tyle zwlekałam, ale czasu nie cofnę, a być może tak miało być.


Więc nastał ten czas, zdecydowaliśmy się i zaczęliśmy się starać i bardzo szybko się udało, 2-gi cykl i już. Dwie kreski, kilka dni i wizyta u lekarza. I tam zaczął się koszmar. To był 6 tc, ale nie doszło do zagnieżdżenia zarodka, kilka dni, spadek bhcg i było po wszystkim. Potem usłyszałam określenie ciąża biochemiczna (okropny termin), dla mnie, choć go nie widziałam, to było moje dziecko. Było ciężko, ale wróciłam do pracy. Jestem realistką poczytałam statystyki, uwierzyłam: raz nie zawsze. Może to nie był ten czas. Nigdy nie zapomniałam, ale pogodziłam się. Po 2 m-cach spróbowaliśmy znów i tym razem również 2 cykl i się udało, upragnione dwie kreski. Stres nie opuszczał, robiłam kolejne poziomy bhcg z krwi i przed każdym odebraniem wyników był strach... ale wszystko było dobrze, przyrost prawidłowy. Pierwsze usg i jest pęcherzyk ciążowy z ciałkiem żółtkowym, uspokojona na chwilę. Przed kolejnym usg w 7 tc drżałam czy zobaczę bijące serduszko i zobaczyłam, moje maleństwo żyło, miało się dobrze, nie było powodów do niepokoju. Wtedy odpuściłam, wierzyłam, że "nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy" cieszyliśmy się oboje. Mąż od samego początku widział we mnie NAS, to było urocze. Dbałam o siebie, stosowałam się do zaleceń. Ponieważ mam ciężką psychicznie i fizycznie pracę szybko poszłam na zwolnienie. Przez to wszyscy w pracy wiedzieli, byłam dumna, że mam się z czego cieszyć na złość tym, którzy wydaję się nie wierzyli w nasze szczęście. Rodzina nie wiedziała, chcieliśmy ogłosić tą radosną nowinę na Wielkanoc... nie zdążyliśmy.
Czar prysł, trzy dni temu, to były rutynowe badania, 11 tc, szybkie usg i mina lekarza, moje pytanie: "coś jest nie tak?", usłyszałam: "tak, brak akcji serca, kurcze tak mi przykro, proszę się ubrać" ... Nie wierzyłam, nie chciałam wierzyć w to co słyszę. Zaczął się koszmar, usłyszałam o zabiegu, wyszłam do męża, powiedziałam, płakałam, on też miał w oczach łzy. Wróciłam, umówiłam się na zabieg i w tempie ekspresowym opuściliśmy szpital. Chciałam wierzyć, że to kiepski żart, albo koszmarny sen, że zaraz się obudzę i będzie wszystko dobrze. Niestety nic takiego się nie wydarzyło.


Teraz czekam na zabieg, za 3 dni od dziś i powoli próbuje pożegnać się z moim skarbem. Płaczę, nic mi się nie chce, szukam i chciałabym usłyszeć "będziecie mieli dziecko i taka sytuacja NIGDY już się nie powtórzy"
ale nikt mi tego nie powie, bo nikt nie ma takiej mocy.


Jest złość, rozpacz i pustka, brak chęci. Gdyby nie to, że mam wspaniałego męża (ta sytuacja mi to potwierdziła) pewnie odeszłabym na zawsze razem z moim dzieckiem.


Od tej tragicznej wiadomości minęły 72 godziny i wiem, że pewnie jeszcze spróbujemy, nie wiem jak to przetrwam, ale mam nadzieję, że tu na tym blogu napiszę Wam, że odzyskałam swoje marzenia.

Komentarze

Popularne posty